Cześć! Miło, że chce Ci się poczytać mojego bloga. Wpisz się do księgi, skomentuj coś - postaram się odwdzięczyć tym samym. Zapraszam do obszernego archiwum! A jak już poczytasz napisz emila.
Motto:
"Pisze człowiek ambitnie, a tu przychodzi prostak i wszystko rozumie. To jest
ewidentna bezczelność!" -
Jonasz Kofta albo Stefan Friedmann
Kiedyś popularny był teleturniej (albo widowisko raczej) "Idź na całość!". W finale bywało tak, że zawodnik miał przed sobą trzy bramki, a w każdej z nich była nagroda: w jednej nowiutki samochód, w drugiej coś wartego ok. 1/8 ceny samochodu (np. futro, wycieczka) a w trzeciej pluszowy kot - czyli praktycznie nic.
Zawodnik wybierał bramkę, a prowadzący na ogół wtedy otwierał inną, prezentował znajdującą się w niej nagrodę "środkową" i proponował wzięcie jej sobie za cenę rezygnacji z dalszej gry. Czyli otrzymywało się np. porządny sprzęt AGD wiedząc, że nie wygra się już samochodu - ale też nie dostanie się kota.
Prawie nikt nie zadowalał się tą nagrodą i grał dalej, przeważnie wybierając kota, czyli nic.
Poniedziałek.
Dzwoni telefon. Pani o miłym głosie zaprasza mnie na rozmowę kwalifikacyjną, Na czwartek. no super, proszę tylko, żeby ta rozmowa była po 16 (do 16 pracuję a nie chciałbym specjalnie brać urlopu). Ok, nie ma sprawy, niech będzie 17. Notuję adres. Ulica nic mi nie mówi, ale to nic, sprawdzę sobie na zumi. Na zumi nie ma takiej ulicy, szukam przez google - jest. W Lublinie. No faktycznie, wysłałem aplikację do jednej firmy, która obiecywała złote góry. Tylko jest problem jak dojechać, a raczej: czym wrócić o takiej porze. Może da się coś przełożyć.
Wtorek.
Na goldenline znalazłem pana dyrektora, z którym miałem rozmawiać. Piszę mu grzecznie, w stylu ę-ą, że nie chce mi się jechać specjalnie po to, żeby przeczytał na głos moje CV, zapytał ile chcę zarabiać, zdziwił się, że aż tyle i pożegnał mnie obiecując zadzwonić - więc tyle ile możemy załatwmy przez telefon, może okaże się, że odpadam w przedbiegach (albo firma odpada). Przypominam mu, że w liście motywacyjnym zaznaczyłem, że owszem, znam się na technice sprzedaży w internecie, budowie sklepów itp. ale w branży elektrycznej jestem zielony. Nie odpisuje mi.
Dzwonię do pani o miłym głosie. Niestety, pani nie może rozmawiać, obiecuje oddzwonić. Nie oddzwania.
Środa.
Znowu dzwonię do pani o miłym głosie. Pytam o to, o co pytałem szefa. Pani mówi, że nie ma takiej możliwości, żeby dowiedzieć się czegokolwiek przez telefon, bo procedura rekrutacji jest odgórnie ustalona. Ile zarabiałbym właściwie nie powinna mi mówić, no ale powie: tego nikt nie wie. I dodaje, że nie muszę w ogóle znać branży elektrycznej, bylebym umiał sprzedawać cokolwiek przez internet. Proszę o przełożenie rozmowy na wcześniejszą godzinę, żebym miał czym wrócić. Pani proponuje 12. Pasuje mi.
Czwartek.
Jadę. Punkt dwunasta jestem w firmie. I konsternacja, bo szefa nie ma, wszystkie rozmowy o pracę (albo "obie rozmowy o pracę", zamiennie używali pojęć) zostały przecież przełożone na piątek, nikt panu nie mówił? Niech pan przyjdzie jutro. Mówię skąd przyjechałem. Jeden facet upewnia się: "To jest pan z Rzeszowa i chce pan pracować w Lublinie???" (tonem "To nie ma pan palców i chce pan grać na pianinie???") Bardzo miła dziewczyna bezskutecznie próbuje dodzwonić się do szefa w końcu zapisuje sobie mój numer i obiecuje dać znać, jeśli czegoś się dowie.
Jadę do Kasi wyżalić się. Gdy tam jestem dzwoni miła pani: dodzwoniła się do szefa, mam jechac do domu (tak jakbym czekał na niego przed drzwiami firmy), on sam do mnie zadzwoni. Czyli dalej nic nie wiem.
O 16:30, gdy już dochodzę do dworca dzwoni szef. Bardzo zdziwiony: przecież on ma zapisane, że byłem umówiony na 17, o tej porze to on już będzie w firmie i mógłby spotkać się ze mną! Mówię grzecznie, że teraz to już za późno, za kilka minut odjeżdża ostatni pociąg. Nie chciałem już iść na tę rozmowę, byłem zły, rozżalony no i nie chciałem nadużywać gościnności Kasi. Proszę o telefon wieczorem, gdy już będę mógł spokojnie rozmawiać.
Wieczór. Szef dzwoni. On też jest miły i trochę zażenowany, kilka razy powiedział, że wyśle mi jakiś gadżety, żebym tylko nie myślał źle o firmie. W rewanżu mówię, że nie mam żalu do nikogo, spędziłem udany dzień w pięknym mieście, a pracownicy biura bardzo starali się mi pomóc. No i po tej wymianie uprzejmości dowiaduję się, że naprawdę niepotrzebnie przyjeżdżałem do Lublina, przecież taką pierwszą rozmowę to spokojnie moglibyśmy odbyć przez telefon. I że informatyka to w zasadzie on nie szuka, zależy mu raczej na kimś, kto dobrze orientuje się w branży elektrycznej. Ale oczywiście zadzwoni, gdyby nikogo lepszego już nie znalazł.
Po podróży sentymentalnej do Lublina, miasta niespełnionych marzeń i zawiedzionych nadziei refleksja:
Nie ma już tego Lublina co dziesięć lat temu, nie ma już tego Tomka i nie ma już tego niczego, jak powiedziałby pan Kononowicz.
Tomek, który dziesięć lat temu przezornie zjawiał się na peronie pół godziny przed odjazdem pociągu mając w plecaku coś do jedzenia, coś do picia i kilka gazet, żeby się nie nudzić przez niesamowicie długą drogę spóźnił się na pociąg. I pojechał autobusem. Tak więc nie od razu zobaczyłem stacyjki PKP, które dziesięć lat temu zaciekawiały i straszyły mnie nieznanymi nazwami.
Dworzec PKS, który dziesięć lat temu był ogromny, supernowoczesny i z mnóstwem autobusów okazał się zdecydowanie mniej imponujący, niż dworzec w Rzeszowie, niewiele mu ustępują dworce w Łańcucie czy Leżajsku! Naprawdę! Tak jak dziesięć lat temu patrzyłem na niego zdumiony, tylko zdumiony zupełnie w innym kierunku. Nawet zastanawiałem się, czy nie wysiadłem na Dworcu Południowym, dopiero Zamek mnie przekonał.
Krakowskie Przedmieście, które dziesięć lat temu tak bardzo mnie fascynowało - fakt, takiej ładnej starówki w Rzeszowie nie oglądam. Chociaż może gdybym pierwszy raz w życiu wybrał się na starówkę z poprzedniej lokacji... Nie wiem jaka jest i czy w ogóle jest, nie byłem tam nigdy. Ale lubelska tak jak dziesięć lat temu podoba mi się bardzo. Ogromnie.
Ulice i uliczki, które dziesięć lat temu biły mnie po oczach szyldami i reklamami - śmiać mi się chce z siebie. Byłem wtedy jak Pawlak w Stanach. Od ulic Rzeszowa owszem, różnią się: drutami trolejbusowymi i bardziej okrągłymi rondami. Nic więcej.
Planowałem zjeść kebab. Powód - to w Lublinie, w małej knajpce między KUL-em a UMCS-em dziesięć lat temu zjadłem pierwszy kebab w życiu nawet nie bardzo wiedząc co to jest. Smakował mi jak nigdzie indziej. Ale szukać tej knajpki nie było czasu, a nawet gdybym ją znalazł bałbym się, że ten kebab będzie wisienką na torcie nowolubelskich rozczarowań.
Pocieszałem się drogą powrotną, żeby było tak jak dziesięć lat temu uparłem się na pociąg osobowy. Podjechał autobus szynowy. W środku wyglądał, jak autobus drogowy. Małe stacyjki ani mnie nie zaciekawiały, ani nie straszyły. Nuda. Cała trzyipółgodzinna droga (na dworcu Stalowa Wola Rozwadów przesiadłem się do innego autobusu szynowego) nie dłużyła mi się jak dziesięć lat temu. Nie czytałem niczego, nie słuchałem niczego, przez cała drogę zjadłem jedynie trzy żelki - a upłynęła mi bardzo szybko.
Wniosek z refleksji: żadnych podróży sentymentalnych! Żadnych powrotów do przeszłości, żadnego strojenia głowy w uwiędłych laurów liść (chociaż laurów nie było), bo zamiast wzruszać się będę się wszystkiemu dziwił, niczym Gonschorek w "Zmiennikach".
Podczas tej podróży tylko raz coś mnie ścisnęło w środku. Koło poczty. Tej poczty przy Alejach Racławickich, którą poznałem od razu po dziesięciu latach. Ale to tylko przez chwilę. I poszedłem dalej.
1. Skręcałem się ze śmiechu słuchając, jak kolega, który niegdyś wracając ode mnie po pijanemu chciał sprawdzić, czy asfalt jest twardy, opowiadał dziewczynie, którą chciał poderwać, że blizna będąca skutkiem tego wypadku powstała, gdy sam jeden pokonał czterech karków.
2. Miałem ochotę przejechać się gdzieś, więc na gg ustawiłem opis "Przejechałbym się gdzieś.". Koleżanka przeczytała, zaprosiła. Pojechałem. Wróciłem. Zapomniałem zmienić opis i gdy już zastanawiałem się o której iść spać zaprosił mnie ktoś inny. Z zaproszenia skorzystałem.
3. Po raz pierwszy w życiu usłyszałem słynne słowa "Oj tam, oj tam". W jednej chwili odmłodniałem o 10 lat.
4. Na parkingu przed dyskoteką przekonałem się, że te słynne obniżone Calibry i Maluchy po tuningu to nie jest fikcja literacka, którą autor chce dodać nieco grozy.
5. Miałem propozycję podwiezienia piątego pasażera w bagażniku. Pokłosie filmu o ks. Popiełuszce?
6. Poznałem nowych ludzi. Zaczynam wychodzić z kompleksów - uważam, że jestem całkiem przystojny i całkiem inteligentny.
7. Spełniłem dobry uczynek: dzięki mnie pewna piękna dziewczyna pogodzi się ze swoim chłopakiem. Jestem tego dziwnie pewny: ile razy zaczynam się kimś interesować od razu ta osoba godzi się ze swoim byłym. Ale noc z niedzieli na poniedziałek była bardzo udana, więc nawet jeśli tak się stanie będę sobie śpiewał piosenkę, przy której tańczyliśmy: "I feel like I win when I lose".
Ogłoszenie: fajne stanowisko, fajna firma, nawet niedaleko. Dzwonię. Wszystko ok. Umawiam się na dzień i godzinę.
Jadę. Wita mnie szef. I mówi, że mnie nie zatrudni bo jestem facetem, a faceci których zatrudniał ciągle robili go "w lewo", więc teraz zamierza obsadzić firmę kobietami. A zaprosił mnie na rozmowę, bo coś mu mówi moje nazwisko, ale nie mógł sobie przypomnieć co, więc myślał, że może jak mnie zobaczy to sobie po twarzy skojarzy.
W licealnych czasach dostałem od rodziców zegarek. Kupiony na targu za kilkadziesiąt złotych wyglądał jakby był dziesięć razy droższy. Wielka mechaniczna cebula, masywna bransoleta, mineralne szkiełko - naprawdę ładny. Jednak zegarek jest jak kobieta: jeśli ładny to popsuty. Strasznie spóźniał się. A ja ufałem mu (zegarek jest jak kobieta) i spóźniałem się razem z nim. Gdy po raz kolejny w ostatniej chwili dobiegłem do autobusu postanowiłem pójść do zegarmistrza.
Sympatyczny staruszek wysłuchał moich żalów, wziął do ręki zegarek, do oka włożył to powiększające urządzenie i zapytał ile to-to się spóźnia. Mówię, że minutę, a czasem nawet półtorej dziennie. Sympatyczny staruszek gwałtownie podniósł głowę jednocześnie jedną ręką wyjmując z oka to powiększające urządzenie a drugą ręką oddając mi zegarek (brak słów żeby opisać ten niezwykle wymowny gest) i mówiąc "No paaaanie!"
Dowiedziałem się, że jak na zegarek tej klasy mój jest i tak dokładny, on myślał, że spóźnia się pół godziny dziennie albo i więcej, a jeśli chciałby w takim zegarku skorygować takie opóźnienie, to prawdopodobnie tylko popsułby go jeszcze bardziej. A widząc moją smutną minę zaproponował mi kupno markowego, dokładnego zegarka. Nie kupiłem - może i był dokładniejszy, ale o wiele brzydszy (a zegarek jest jak kobieta, po co mi dobry, ale brzydki?). Kupiłem jakiegoś Perfecta w kiosku i spisywał się zaskakująco dobrze jak na swoją cenę.
Teraz, po dekadzie, noszę Casio EF-312D. Reguluję go dwa razy w roku, przy zmianie czasu - i przez te pół roku nie spóźnia się ani nie spieszy więcej niż minutę.
I tak sobie myślę: może o innych sprawach myślę jak o tym zegarku? Wydaje mi się, że jest paskudnie, fatalnie, a gdyby dowiedział się o tym ktoś mądry tylko popukałby się w głowę mówiąc, jak kiedyś zegarmistrz, że w porównaniu do innych to jest bardzo dobrze, a ja się nie znam?
autor:Tomek 2011-03-22 19:26:12 skomentuj (0)
"Taką konstrukcją jest kobieta..." - cz. XV
Niemal ćwierć wieku temu w malowniczej miejscowości na południu Polski dwóch neounickich mnichów zaczęło budować monaster. Miejscowy łaciński ordynariusz uznał ich za persona (persony?) non grata i zabronił księżom kontaktować się z nimi - a im samym posługiwać w kościołach. Po czym próbował ich wyrugować argumentując, że nie utrzymują oni kontaktów z księżmi oraz nie posługują w kościołach.
Kilkanaście lat temu przyjaciółka napisała mi w liście, że chce zostać psychologiem, bo słuchając od ludzi o ich problemach będzie jej łatwiej docenić to, co ma i cieszyć się życiem. I faktycznie została nim. Gdybym trafił do psychologa nie wiedziałbym, czy naprawdę chce mi on pomóc, czy tylko podnieść na duchu samego siebie.
Zapragnąłem zjeść coś, czego nigdy nie jadłem i kupiłem na Allegro kilka paczek suszonych ryb.
Kilka razy czytałem, że w Rosji jedzą tego ogromne ilości i zawsze byłem wtedy ciekawy jak to-to smakuje.
Aukcja z rybkami: http://allegro.pl/flotskaya-rosyjskie-suszone-rybki-stavrida-40-g-i1413084397.html. Podobno są bardzo dobre chociaż wyglądają obrzydliwie, więc w pewnym sensie czuję z nimi solidarność.
Niedawno z kolegami zrobiliśmy sobie taki męski wieczór. Na stole pojawiła się m.in. pizza, największa jaką mieli w pizzerii. Kolega zmierzył - i okazało się, że jej średnica była o 2 cm mniejsza niż być powinna.
Najpierw dobrą chwilę dyskutowaliśmy, czy orżnęli nas na wielkość kawałka, czy nie - ale ponieważ imprezowały same umysły ścisłe szybko wyliczyliśmy pole powierzchni jednego kawałka (czyli wycinka koła), pole powierzchni brakującej i wyszło nam, że te 2 cm z kraju to trochę mniej niż kawałek - ale niesmak pozostał.
Wczoraj odwiedziłem jednego z tych kolegów. Zamówiliśmy sobie pizzę. Mimo moich próśb i gróźb kolega przez telefon wytknął im, że ostatnim razem była za mała. Potem jedząc ją ciągle przypominał mi się film "Poranek Kojota".
Jakiś czas temu włączyłem telewizor - rzadko mi się to zdarza, ale jednak.
Pokazywano jakąś rodzinkę w rozmowie z panią redaktor. Małe dziecko, jego matka, ojciec i babcia. Rozmowa toczyła się o ojcu - jego napadach złości (żona opowiadała jak sobie z nimi radzi), o tym jak zmieniły go narodziny potomka itp. Gdy ten ojciec odezwał się okazało się, że jest upośledzony. Taki program o rodzinach założonych przez niepełnosprawnych intelektualnie.
Oglądałem dalej, bo był dosyć ciekawy. I dopiero pod koniec okazało się, że ten pan wcale nie był upośledzony. Mało tego, to bardzo znany sportowiec pokazujący telewidzom trochę prywatności - o czym nie wiedziałem, bo nie oglądałem początku programu, a sportem nie interesuję się.
Rozmowa o pracę w agencji reklamowej. Pani właścicielka po grzecznościowym narzekaniu na konkurencję i pracowników wymienia zakres moich przyszłych obowiązków. Miałbym być nie tylko grafikiem komputerowym jak napisano w ogłoszeniu, ale też fotografem, przedstawicielem handlowym (panią bardzo ucieszyło, że mam swój samochód), monterem reklam a nawet spawaczem. Wykorzystując przerwę na oddech pytam panią nieśmiało o wynagrodzenie. "Pensja? Wiadomo, najniższa krajowa". Nie wierzę. Przypomniał mi się artykuł o osobach zarabiających te minimum oficjalnie, a pod stołem drugie tyle. No to mówię z miną eksperta od oszukiwania fiskusa: "Wiadomo, minimum, ale poza tym?" "Wie pan, w sezonie są nadgodziny. No, ale do tego..." (wstrzymuję oddech...) "...jest jeszcze ubezpieczenie!"
Pewna znajoma życzyła mi, żeby w tym nowym roku każdy dzień był lepszy od poprzedniego.
Póki co to się spełnia - zaczął się tak, że może być tylko lepiej. Może do grudnia jakoś się unormuje.
Ostrożnie z życzeniami! "Spełnienia marzeń!" - powiedziała żona do męża i padła trupem.
Czytając sporą ilość artykułów bardziej religijnych dowiedziałem się, że w XX wieku właściwie każdy papież oprócz Benedykta XV i Jana Pawła I był jednym z najwybitniejszych papieży XX wieku.
"Pewien psychiatra opowiadał w towarzystwie o swoim pacjencie, który sfiksował na punkcie wynalazczości. - Oto ubzdurał sobie – ciągnął swoją opowieść doktor - że wynajdzie perpetuum mobile. A trzeba wam wiedzieć, że to człowiek bez żadnego wykształcenia, krótko mówiąc – zupełny prostak. I on chce skonstruować perpetuum mobile! Co tu dużo mówić – wariat. Bo perpetuum mobile wynajdę ja! – zakończył z błyskiem w oku."
O katastrofie usłyszałem w radiu czekając na zmianę opon. Nie było sceny jak w serialu "Dom", gdzie do przekomarzających się robotników przychodzi zapłakana kobieta i grobowym głosem oznajmia śmierć Stalina, po czym wszyscy w jednej chwili mają trumny na twarzach. Było tylko stwierdzenie, że coś nie mamy szczęścia do Katynia i zastanawianie się, czy córka Kaczyńskiego dostanie rentę.
Refleksja pierwsza: dewaluacja śmierci. Najważniejsza zasada, którą poznałem podczas studiów: gdy wszyscy albo prawie wszyscy mają wielki problem, to nie ma się czym martwić, sam się rozwiąże. Ponieważ zginęło prawie sto osób mamy statystykę. Gdyby zginął sam np. prezydent Kaczorowski albo biskup Płoski byłaby ogromna tragedia. To tylko moje subiektywne odczucie, dobrze, że inni na studiach nauczyli się czegoś więcej.
Refleksja druga: o zmarłych dobrze, albo wcale (vide: Michael Jackson!). Słuchałem radia, czytałem wiadomości na Onecie i oczom i uszom nie wierzyłem: ci wszyscy, którzy dosłownie do ostatniego dnia mieli Kaczyńskiego za skrzyżowanie Lepperea z Kononowiczem, nagle zaczęli mówić o nim niemal jak o mężu stanu! Niesamowite! Szkoda, że człowiek nie ma dziewięciu żyć, jak kot. Może po każdej śmierci byłby traktowany coraz lepiej. Ale jak to ktoś napisał w komentarzu pod notką o MJ: dobrze, że przynajmniej teraz tak mówią, lepiej późno niż wcale.
Co mnie jeszcze zdziwiło? Felieton pewnej zaciekłej przeciwniczki kaczyzmu wychwalający parę prezydencką, a ja od tej pani oczekiwałem raczej tekstu zaczynającego się od słów: "Dobrze wychowany człowiek nie powinien cieszyć się ze śmierci drugiego człowieka. Niemniej jednak..."
Wawel zdziwił niemal wszystkich, mnie też (na 99% stawiałem na Panteon Wielkich Polaków w Świątyni Opatrzności Bożej). Ale po chwili przyszła refleksja: ostatecznie tam chowano władców Polski. Prezydent zginął tragicznie podczas pracy, jak nie przymierzając generał Sikorski. Nie leciał na wakacje. Na Wawelu dawno nikogo nie chowano. W tym kontekście dziwi mnie trzech forumowiczów Onetu: jeden domaga się pochowania tam wszystkich 96 ofiar katastrofy ("A co, jak on ma być tam pochowany za to, że zginął w samolocie to dlaczego inni nie?"), drugi zarzeka się, że jego noga więcej tam nie postanie, a trzeci wysmażył (na forum Onetu!) do kardynała Dziwisza list otwarty wyglądający na pracę domową średnio rozgarniętego gimnazjalisty. A całkiem niedawno komentując sprawę zabitego przy tramwaju policjanta albo porwanego w Pakistanie inżyniera twierdzono, że tragiczna śmierć podczas wykonywania obowiązków jest czymś szczególnym i jej ofiara zasługuje na wszystko co najlepsze!
Moje wytłumaczenie: przywykliśmy, że na Wawelu ludzi nie chowa się, na Wawelu ludzie leżą. Ludzie godni pochówku tam nie żyją w naszych czasach, nie widać ich w telewizji, uczymy się o nich na historii. Pochować kogoś tam to tak jak kanonizować za życia. Złamanie jakiegoś tabu. Nie bardzo wiadomo, dlaczego nie powinno się tego robić, ale coś gdzieś czuje się, że nie i już.
Ostatnio jednym znajomym psują się komputery, inni zakładają internet, do tego coś tam trzeba zrobić przy domu (jak to na wsi), więc jestem bardzo zadowolony - nie mam czasu na myślenie o głupotach i psucie sobie humoru.
Na pisanie notek też - chociaż czas znalazłby się, gorzej z weną. Ale jak ktoś chce sobie poczytać coś wspaniałego niech zerknie tutaj: http://niniwa2.cba.pl/burak.html
Mój samochód zaczyna cierpieć z powodu co prawda małych, ale dokuczliwych usterek. Chyba to już ten wiek, gdy zaczyna się rozsypywać.
Znowu oglądam koperty. Ponieważ podobno fatalnie znoszą instalacje gazowe skupiam się na dieslach. Tylko mocno daje mi do myślenia to, że właściciele diesli często-gęsto chcą zamienić się na taki sam model tylko z gazem, ale nie widziałem jeszcze ogłoszenia, w którym ktoś chciałby zamienić zagazowanego na diesla.
A poza tym dalej gram w totolotka.
Od paru tygodni żałowałem, że latem kupując samochód nie zdecydowałem się na Fronterę, którą sprzedawał facet z okolicy. Trochę przeraziła mnie jej pełnoletność i opinia, że część do terenówek (oprócz UAZ-a 469B i Łady Nivy) są strasznie drogie. Żałowałem zwłaszcza gdy machałem łopatą, i gdy jedynym sposobem na wyjechanie skądś na buksujących kołach była metoda przód-tył-proste-koła bo inaczej się nie da.
Przestałem żałować dzisiaj, gdy idąc do pracy pomagałem jednemu panu wypchać jego Nissana Patrola (!!!) ze śniegu, w który z obawą, ale jednak, wjechałbym swoim malutkim peugeocikiem.
Pewien mieszkaniec Azji od czasu do czasu łapie za niezaizolowany przewód, żeby pozbyć się jakichś toksyn czy tam innych świństw z organizmu - i ponoć bardzo mu to pomaga.
Dzisiaj koło południa kopnął mnie prąd. Do tej pory chodzę podminowany. Pewnie pozbyłem się czegoś ważnego.